top of page

O dwóch fotelach i o tym dlaczego terapeuta powinien znać oba...

W związku z przygotowywanym projektem ustawy o zawodzie psychoterapeuty w różnych miejscach, w przestrzeni publicznej, pojawiają się burzliwe dyskusje na temat jej przyszłych, ewentualnych zapisów... Sprzeciw niektórych środowisk wywołuje m.in. obowiązek odbywania przez psychoterapeutów terapii własnej, często w ilości kilkuset godzin, choć większość 4-letnich kursów, dostosowując się do międzynarodowych standardów w danym nurcie już wcześniej uznała psychoterapię własną, jako istotny element szkolenia. Dla przykładu kurs analizy jungowskiej zakłada obowiązek analizy szkoleniowej, aż do uzyskania certyfikatu, w ilości minimum 250 godzin (a zatem zakładając analizę raz w tygodniu co najmniej 5 lat!), a na niektórych kursach psychoanalitycznych obowiązuje psychoanaliza nawet kilka razy w tygodniu (na kozetce!)... Oczywiście kontrowersje wywołują koszty takiej terapii (w większości przypadków terapeuta płaci za każdą sesję i to wysokie stawki) i ograniczony dostęp do certyfikowanych specjalistów, uprawnionych do prowadzenia psychoterapii szkoleniowej, ale także, ku memu zdziwieniu, podważana jest jej zasadność.


Zastanawiam się, skąd się bierze ta niechęć do tego, żeby usiąść "w tym drugim fotelu" i zająć się sobą... Różnie są urządzone gabinety, ale zwykle to jest przecież taki sam fotel... ;) Skąd zatem bierze się ten sprzeciw? Czy z przekonania, że osoba, która zostaje psychoterapeutą jest (lub przynajmniej powinna być) pozbawiona problemów, wad, kompleksów i wszelkich słabości, nigdy nie doświadczyła żadnej traumy, jej dzieciństwo było wspaniałe, rodzice wystarczająco dobrzy, wszystkie potrzeby zawsze zaspokajane, jej rozwój nigdy niczym niezakłócony, a życie pełne sukcesów i szczęścia, a jeśli już nawet zdarzyło się jakieś nieszczęście, to po prostu zawsze wiedziała jak sobie z nim poradzić i nie potrzebowała nigdy wsparcia, ani pomocy nikogo z zewnątrz...? Czy to jest w ogóle możliwe? Czy przypadkiem przekonanie to nie wynika jednak z jakiegoś zakłamania rzeczywistości, omnipotencji, lub braku pokory?


W najbliższym środowisku Freuda, Junga i wielu innych pierwszych psychoterapeutów, uczniami zostawali najczęściej ich pacjenci, po wieloletniej psychoanalizie. Współcześni wybitni specjaliści w swoich publikacjach podkreślają wartość terapii własnej i bez wstydu opowiadają o swoich wieloletnich procesach terapeutycznych, w których uczestniczyli, podkreślając, że to właśnie tej części doświadczenia zawdzięczają najwięcej, z punktu widzenia swojej praktyki i to właśnie doświadczenie przekłada się na ich skuteczną pracę, możliwość lepszego zrozumienia pacjentów i udzielenia im właściwej, adekwatnej pomocy, a także często przyznają, że mimo swojej pozycji i wieloletniej praktyki, nie mają oporów przed korzystaniem z pomocy swoich kolegów i koleżanek w trudnych momentach życia, być może właśnie dlatego, że wielokrotnie doświadczyli i uwierzyli, że jest to pomocne, skuteczne i warte zainwestowania czasu i pieniędzy...


Dla przykładu Irvin Yalom w książce "Dar terapii" poświęcił temu tematowi cały rozdział (rozdział 12), który zaczyna się od słów: "Własna terapia, to moim zdaniem, jak dotychczas najważniejsza część treningu psychoterapeuty. Pytanie: co jest najcenniejszym narzędziem terapeuty? Odpowiedź (i niech nikt jej nie pomija!): sam terapeuta."


Wszystko to według mnie ma związek z jedną, fundamentalną kwestią, jaką jest (nie tylko w terapii, ale także w innych prawdziwych, głębokich relacjach) AUTENTYCZNOŚĆ. Jeśli relacja terapeutyczna ma być lecząca, wspierająca i spełniać swoją funkcję, musi być autentyczna. Jeśli terapeuta ma zrozumieć, co przeżywa pacjent siedzący w fotelu pacjenta, w trudnym momencie terapii, to może sobie to z pewnością lepiej wyobrazić, jeśli sam siedział w tym fotelu i był w tym trudnym momencie w swojej terapii. Wiedza z książek, kursów i szkoleń, nawet jeśli jest obszerna i na najwyższym poziomie, nie poparta doświadczeniem własnym nigdy nie będzie tym samym, co przejście swojej drogi do prawdziwego i dogłębnego poznania siebie, oczywiście z pomocą tej wiedzy. To właśnie doświadczenie własne powoduje, że wiedza nie zostaje na poziomie rozumu, czy intelektu, ale przekształca się w ugruntowane osobiste przeżycia i przekonania. Bez tego elementu psychoterapia według mnie będzie tylko intelektualnym porównywaniem objawów, zgłaszanych trudności i zachowań z wyuczonymi definicjami i teoriami i nawet jeśli uda się coś dobrze rozpoznać lub zdiagnozować, to nie zajdzie reakcja na głębszym poziomie spotkania dwóch osób, a głęboko wierzę (również na podstawie własnych doświadczeń), że to właśnie ten element relacji terapeutycznej ma największą moc uzdrawiania. Dotknięcie duszy drugiego człowieka, wejście w jego wewnętrzny świat, odbycie z nim podróży do jego wnętrza i wszystkich jego nawet najmroczniejszych i bardzo bolesnych zakamarków. Wszystko to jest możliwe jeśli dialog jest autentyczny i o czym pisze również m.in. Neville Symington (w książce Narcyzm Nowa teoria) "komentarz specjalisty wypływa z głębi jego serca" (cały cytat poniżej).


Osobiście mogę powiedzieć: nie wiedziałabym co robić z bólem i cierpieniem w trakcie przywoływania traum z przeszłości moich pacjentów, gdybym w swojej wieloletniej terapii nie wyciągnęła, w tym samym przenikliwym i rozrywającym bólu, swoich własnych traum na światło dzienne, po to by je ponownie przeżyć, zrozumieć i przekształcić, a cierpieniu nadać sens i nowe znaczenie; nie potrafiłabym tak dobrze wyobrazić sobie co przeżywali, kiedy opowiadają mi o dorastaniu w domu, w którym alkohol lał się strumieniami i o tym, jakie teraz ponoszą tego konsekwencje w dorosłym życiu, gdybym nie przeszła swojej wieloletniej terapii DDA, ale także, z punktu widzenia psychoterapii jungowskiej: nie mogłabym się zetknąć np. z cieniem moich pacjentów i towarzyszyć im w przechodzeniu piekła związanego z tym spotkaniem, gdybym nie przeżyła swojego piekła w zderzeniu ze swoim cieniem, w swojej analizie. Nie podważam, nie kwestionuję, ani nie jest moim celem wywyższanie jakiegokolwiek rodzaju terapii lub innej drogi rozwojowej. Każdy ma swoją drogę. Wielokrotnie powtarzam (również moim pacjentom, którzy opowiadają mi o swoich doświadczeniach w ramach różnych praktyk rozwojowych), że wyznaję w tej kwestii prostą zasadę: "Whatever works". Szanuję każdą drogę, jeśli jest skuteczna i nikomu nie robi nic złego. Bliskie jest mi jednak przekonanie, że jakakolwiek jest to droga, dobrze by było, gdyby przewodnikiem tej drogi był ktoś, kto już ją świadomie i odpowiedzialnie przeszedł, bo jak często mawiają różni mądrzy terapeuci, nauczyciele i przewodnicy: "Można kogoś zaprowadzić tylko tam, gdzie się samemu doszło". Zwłaszcza w przypadku psychoterapii powinno to być zatem: JAK NAJDALEJ. Ale tu warto jednak mieć też świadomość (również wymagającą pokory), że nikt nie dotarł i za życia raczej nie dotrze do końca tej drogi. Nie da się osiągnąć ideału, oświecenia, pełnej indywiduacji, integracji wszystkich elementów cienia, całkowitego niczym niezachwianego szczęścia i spokoju. Nikt z nas nie jest i nie będzie bogiem, buddą, ani innym absolutem... W dodatku praca terapeuty jest szczególnie narażona na duże obciążenie emocjonalne, a każdy z nas (tak, nawet terapeuta) ma swoje granice, więc zakładanie, że terapeuta nie potrzebuje terapii własnej wydaje mi się naiwną wiarą w to, że już jest oświecony, na wszystko odporny i posiadł jakąś wszechwiedzę, która w jakiś magiczny sposób została mu dana.


W swoich rozważaniach Jung wielokrotnie podkreślał, że relacja terapeutyczna i zmiany w niej zachodzące, to przemiany odbywające się w obu kierunkach, na poziomie świadomym i nieświadomym, a zatem wraz z pacjentem zmienia i rozwija się również terapeuta. Może zatem poprowadzić swojego pacjenta "ku światłu", lub jeśli nie nabył w międzyczasie wystarczającej siły ego i odporności psychicznej, razem z pacjentem "pogrążyć się w jego mroku", lub nawet po drodze odkryć przy okazji swój, nieprzepracowany do tej pory "mroczny fragment". Jeśli już tak się stanie (bo to się czasem zdarza), to powinien umieć oddzielić jedno od drugiego i swój kawałek "przepracować" w ramach terapii własnej i powracać do niej tyle razy, ile będzie trzeba, odpowiedzialnie dbając w ten sposób zarówno o siebie, jak i o swoich pacjentów.


Tak więc, kończąc te rozważania, sprowokowane oburzaniem się terapeutów na to, że być może zaraz ktoś im każe przechodzić terapię własną, chciałabym przypomnieć zarówno terapeutom, jak i ich klientom i pacjentom: Terapeuta też jest człowiekiem. Tylko człowiekiem i aż człowiekiem. Człowiekiem ze swoją historią, czasem też skomplikowaną i w niektórych fragmentach bolesną, ze swoimi słabościami i ograniczeniami. Też ma prawo popełniać błędy i czasem się mylić. Też ma lepsze i gorsze dni. To, co jednak powinno go odróżniać od pacjenta to to, że powinien zajmować się pacjentami wtedy, kiedy sam poznał i tam, gdzie to było potrzebne "uzdrowił" siebie, na tyle, na ile było to możliwe i ma w sobie gotowość do powrotu do roli pacjenta, jeśli zajdzie taka potrzeba, bez udawania przed samym sobą i przed pacjentami, że już wszystko ma przepracowane, w przypadku psychoterapii jungowskiej: przeszedł proces indywiduacji lub osiągnął pełnię i oświecenie, dzięki czemu teraz pacjenci mogą się ogrzać w blasku jego światła... Ostrzegam w tym miejscu pacjentów: uciekajcie od takich terapeutów, przewodników duchowych i nauczycieli jak najdalej, bo mogą Was zaprowadzić do miejsca, w którym wcale nie chcieliście być i może to nie być droga "uzdrawiania" tylko jakaś jej pusta obietnica...


“Jeżeli działam na dwóch niekompatybilnych poziomach - identyfikuję się z kimś, kto przedstawił mi jakąś teorię, a jednocześnie robię coś, co jej przeczy - to znajduję się w stanie rozszczepienia. W takiej sytuacji nie potrafię działać z autentycznym, osobistym przekonaniem. Każdy rodzaj psychoterapii lub psychoanalizy wymaga tego, aby komentarze specjalisty wypływały z głębi jego serca. Wypowiedzi oparte na osobistym przekonaniu niezwykle różnią się od serwowania interpretacji, które sformułował nauczyciel, superwizor lub Freud - różnica ta bardzo uwidacznia się w trakcie leczenia."

- Neville Symington “Narcyzm Nowa teoria”





567 wyświetleń

Commentaires


bottom of page